Sabina - kobieta z głową konia z lasu pod Wołyńcami
Tej legendy nie znajdziesz w żadnym przewodniku ani zbiorze podań. Usłyszeliśmy ją przy ognisku, od człowieka stąd - i o ile nam wiadomo, nikt jej nigdy nie spisał. Spisujemy więc my, zanim zgaśnie, bo legenda, której nikt nie opowiada, umiera naprawdę.
Między Wołyńcami a Starymi Przyworami ciągnie się las. Niby zwyczajny - sosna, brzoza, piaszczysta droga przez środek, taka, jakich pod Siedlcami setki. A jednak miejscowi mają o nim swoje zdanie i niektórzy o zmierzchu wolą nadłożyć drogi naokoło, niż jechać przez sam środek. Bo w tym lesie mieszka Sabina.
Kim jest Sabina
Sabina ma ciało kobiety i głowę konia. Tak ją opisywano zawsze - nie pół-zwierzę, nie maszkara, tylko właśnie to: postać, która stoi prosto jak człowiek, a patrzy na ciebie długą, końską głową, spokojnie i bez gniewu. Mówią, że to ten spokój jest w niej najgorszy. Nie rzuca się, nie goni. Po prostu jest - i już wie o tobie wszystko.
Dawniej, gdy przez las jeździło się furmanką albo szło piechotą, Sabina wychodziła spomiędzy drzew o szarej godzinie. Czasy się jednak zmieniły, a ona nie. Zmieniła tylko zwyczaje.
Sabina i samochody
Dziś Sabina wygląda samochodów. Stoi gdzieś w gęstwinie przy drodze i przypatruje się autom przejeżdżającym przez las. Wybiera. A gdy już wybierze - przenosi się. Bez dźwięku, bez ruchu, bez otwartych drzwi.
Po prostu w pewnym momencie kierowca czuje, że nie jest już sam. Zerka w lusterko wsteczne i widzi ją: na tylnym siedzeniu, długą głowę przy zagłówku, oczy wpatrzone wprost w jego oczy w lustrze. Nie odzywa się. Jedzie z tobą, póki las się nie skończy. A gdy wyjedziesz spomiędzy ostatnich drzew - lusterko znów pokazuje puste siedzenie.
Najbardziej znana wersja mówi, że raz Sabinie nie wystarczył nawet samochód. Pewien człowiek wracał przez las nocą na Simsonie - tym starym, dwusuwowym motorowerze, co go słychać kilometr przed i kilometr za. I w połowie lasu poczuł na plecach ciężar. Nie obejrzał się. Dojechał do skraju lasu szybciej, niż ten Simson kiedykolwiek jeździł, a gdy stanął pod latarnią i wreszcie spojrzał za siebie - nie było nikogo. Tylko silnik dziwnie stukał jeszcze przez chwilę, jakby ktoś z tyłu trzymał.
Co Sabina robi tym, których wybierze
Nic. I to jest cała groza tej opowieści.
Sabina nie krzywdzi. Nie dusi, nie ściąga z drogi, nie sprowadza w rów. Po prostu jedzie z tobą i patrzy. A człowiek, gdy go ktoś tak odprowadzi przez ciemny las - patrząc mu w oczy całą drogę i milcząc - wysiada na końcu trochę inny. Jakby przez te kilka kilometrów musiał przejrzeć się w czymś, czego na co dzień się nie ogląda. Starzy mówili, że Sabina nie straszy. Sabina przypomina. Tylko każdy o czym innym.
Może dlatego ci, którzy ją spotkali, rzadko o tym opowiadają wprost. Łatwiej zażartować przy ognisku, że „a, to ta z końskim łbem z lasu pod Przyworami”, niż przyznać, co się samemu w tym lusterku zobaczyło.
Sabina, piosenka i wino
Sabina ma już swoje drugie życie. Kto zna utwór „Obiekty w lusterku są bliżej niż się wydaje” zespołu Graudance, ten zna i ją - bo to o niej, o lesie, o godzinie, w której przeszłość siada za tobą i nie chce wysiąść. Na koncertach, przed tą piosenką, czasem padało jej imię. Teraz wraca też tutaj, w słowie.
I na butelce. Nasz rocznik 2024 nosi imię sab(w)Ina - bo wino z tej ziemi pije dokładnie do tej historii: ciemne, leśne, takie, które zostaje z tobą trochę dłużej, niż się spodziewasz. Etykieta to ukłon w jej stronę.
A jeśli zdarzy ci się wracać od nas wieczorem przez ten las - nie patrz za często w lusterko. Albo patrz. Sabina i tak już wie, że tędy jechałeś.
Znasz inną wersję tej legendy albo słyszałeś coś jeszcze o lesie pod Wołyńcami? Napisz do nas - zbieramy te opowieści, zanim znikną.